Od przybytku głowa nie boli

W ostatnich latach przeżywam dość duży renesans „growy” z racji dorastającej pociechy, która to już jest na tyle duża, że chętnie gra w coraz więcej i coraz ciekawszych gier. Tym sposobem muszę grać i ja, by mu pokazywać gry, rozwijać go i uczyć. Kilka lat wcześniej długo już mówiłem, że wyrosłem z grania i nie potrzebuję go wcale, bo mnie nudzi i przy komputerze wolę robić bardziej twórcze rzeczy… takie jak… tworzenie gier ;). Jednak życie się zmienia, ludzie się zmieniają, więc gry wróciły do mojego życia w swojej pierwotnej postaci.

Niestety, okazuje się, że połączenie grania z dorosłym życiem jest dość trudne. Gdy próbuję wypełniać w ciągu dnia wszystkie swoje obowiązki, jednocześnie choć trochę zająć się swoim hobby, to na granie praktycznie nie starcza mi czasu. Od wielu miesięcy obiecuję sobie, że usiądę do gry takiej, czy innej, by sobie ją odświeżyć (gdy to starsza gra) lub wreszcie poznać (gdy jeszcze w nią nie grałem). I na obiecywaniu się kończy, bo nie ma kiedy.

Dwudziesty pierwszy wiek przyniósł nam takie cudowne dary, jak łatwy dostęp do gier przy pomocy Internetu, i to wcale nie nielegalnie. Przeciwnie – dziś można zbierać gry darmowe lub z różnych okazji zupełnie legalnie. Korzystając z takich możliwości w końcu zapisałem się do takich serwisów, jak gog.com, czy humblebundle.com, które regularnie zasypują moją skrzyknę ofertami, którym ciężko się oprzeć. W wielu przypadkach można zdobyć grę za darmo lub za kompletne grosze (np. $1). Raz są to stare, znane gry, innym razem nowsze i mało znane, a jeszcze innym trafiają się spore i dobre produkcje sprzed zaledwie kilku lat lub całkiem nowe. W ten oto sposób staję się posiadaczem coraz bardziej pokaźnej listy gier. Choćby dziś (kto szybko przeczyta, ten też jeszcze zdąży :)) zdobyłem Dungeon Keeper Gold na gog.com za zupełne zero złotych i zero groszy. Promocja kończy się chyba za jakieś 2 dni, więc kto jeszcze nie ma, niech leci natychmiast i bierze! Do kompletu mógłbym jeszcze zapisać się do Steam’a, bo tam też zdarzają się promocje, ale wciąż nie mogę się przekonać do tego serwisu, który do uruchomienia gry wymaga ode mnie zainstalowania i włączenia jakiegoś badziewnego programu, który łączy się z serwerem przez sieć i mówi mi w co, jak i kiedy wolno mi będzie zagrać. A ja wolę grać po swojemu i nie chcę nikomu się z tego tłumaczyć. Chociaż ostatnio widziałem na Steam’ie parę ciekawych gier i byłem bliski złamaniu się i rejestracji tam, by je zdobyć, ale w końcu zrezygnowałem. Może kiedyś pojawi się oferta, która będzie na tyle dobra, by mnie przekonać. Na razie wystrzegam się tego przybytku jak ognia.

Jakby tego było mało, czasem zbieram też gry z bardziej tradycyjnych źródeł, korzystając z nie mniejszych okazji na Allegro, czy ebay’u, gdzie zdarza się, że ludzie sprzedają używane gry za równie małe grosze. Kiedyś kupiłem porcję kilku gier na ebay’u, z których każda kosztowała mnie około $1-$2. Warto było! Do dziś stoją na półce w pudełkach. W niejedną z nich grał mój syn, grałem i ja. Oczywiście w gry na poziomie kilkuletniego dziecka czasem mogę pograć przy młodym. Pozostałe gry czekają na godziny wieczorne, kiedy ten już śpi, a ja jeszcze dycham, co zwykle się nie udaje, jak pisałem wyżej.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc gdy przy okazji niedzielnych zakupów trafię do takiego przybytku jak Carrefour, czy inny hipermarket, zwykle rzucam okiem do koszy z grami, z których zdarza się wydobyć jakąś fajną grę za kilka złociszy. Tym sposobem zdobyłem świetną grę Split Second Velocity za 10zł. Czasem trafie się też coś ciekawego dodanego do gazety, więc nieraz przeglądam i czasopisma z grami w kioskach ;). Ostatnio stałem się także ofiarą promocji biedronkowej, o której być może słyszeliście, bo była solidnie reklamowana (wręcz przereklamowana) w wielu dużych portalach w sieci. W zasadzie nie wiem dlaczego tak bardzo dużo szumu było wokół tej promocji, gdyż nie była wcale zbyt atrakcyjna. Jednego dnia do wszystkich Biedronek w Polsce trafiło chyba 300 czy 400 tysięcy gier za 9,99zł. Problem jednak w tym, że Biedronek w Polsce jest naprawdę w cholerę i trochę, więc na jeden sklep przypadło niewiele egzemplarzy. Jakby tego było mało, rzucili naprawdę sporo tytułów, co sprawiło, że w każdym sklepie dostępne było co innego. Lista tytułów wyciekła do sieci przed sprzedażą, więc zdążyłem ją sobie przejrzeć i wybrać interesujące mnie gry. Z kilkuset gier wybrałem tylko 8, gdyż reszta okazała się albo chłamem, albo po prostu mnie nie interesowała. Ponadto cena 9,99zł może być atrakcyjna w przypadku niektórych gier, a w przypadku innych może być stanowczo za duża. Organizator imprezy chyba liczył na niewiedzę lub wręcz głupotę kupujących i po wywołanym szale miał nadzieję na pozbycie się z magazynu kupy beznadziejnych gier za wcale nie najniższą cenę. Tym sposobem odwiedziłem Biedronkę 3 razy w ciągu 2 dni, co przekroczyło moją normę o kilka tysięcy procent, gdyż zwykle bywam w tym sklepie raz na parę miesięcy. Dlaczego? Bo postanowiłem skoczyć tam rano, przed pracą, licząc na to, że kupię coś zanim zrobią to inni. Okazało się, że organizacja była denna i rano pracownicy sklepu nie mieli pojęcia o jaką promocję chodzi, bo gier u nich nie było, chociaż wisiał plakat je reklamujący. Potem byłem drugi raz i wciąż nie było. Trzeci raz był na drugi dzień i wtedy gry już były, ale… przebrane. Zostało kilka i nic nie kupiłem ;). Zdobyłem jednak na tej promocji 4 gry z poszukiwanych 8, z czego 3 dla syna, a jedną dla nas obu! Spytacie, jak to zrobiłem, skoro ich nie było w sklepie. Od czego ma się rodzinę? Niezastąpiona okazała się moja Mama, która obleciała kilka Biedronek w całym mieście i namierzyła te 4 gry. Niestety nie utrafiła najbardziej pożądanej przeze mnie gry z promocji, jaką była gra Worms Revolution. Cóż, będę musiał wydać na nią ze trzy dychy na Allegro ;).

Miejsce na półce z grami już dawno mi się skończyło, a przecież podobno już rzadko grałem. Jeśli doliczyć do tego darmowe gry ściągane z sieci, które też czasem zdarza mi się pobrać (pisałem tu kiedyś o grach z jednej takiej strony), to nachodzi mnie bardzo smutna refleksja. Do tytułu tego tekstu bardziej pasowałoby inne powiedzenie – „co za dużo, to niezdrowo”. Okazuje się, że w dzisiejszych czasach wysyp gier, jak i możliwości zdobycia starszych gier, są tak wielkie, że przeciętny człowiek nie jest w stanie w to wszystko pograć. Zdobywam gry z myślą, że fajnie je mieć, że kiedyś w nie pogram. Ale coraz bardziej frustrująca staje się myśl o tym, że w wiele gier nie zagrałem ani raz w ciągu kilku miesięcy od zakupu, bo brałem je korzystając z dobrych okazji. Bo jak tu nie brać, gdy dostaję maila, że za darmo lub za kilka złotych mogę dostać legalnie kilka dobrych gier? Jak tu nie brać dobrej gry, którą znam z gazet/filmów/opowiadań, gdy przechodzę obok niej w sklepie i widzę jej pudełko z ceną mniejszą niż 10 złotych? No to biorę. I zawsze mówię, że pogram niedługo, albo, że to dla dziecka. I choćbym chciał pograć w te wszystkie naprawdę dobre gry, to nie ma na to czasu. Doba powinna mieć co najmniej 48 godzin, z czego wszystkie zajęcia trwałyby tyle co teraz, a resztę mógłbym wykorzystać na rozrywkę ;).

Szkoda mi tego. Czy na emeryturze będę mógł w to pograć? Czy będę jeszcze potrafił grać jako stary dziad? Czy komputery wtedy będą takie, że będzie można pograć w gry sprzed tylu lat? Tym sposobem coś, co powinno cieszyć, zaczyna smucić. Kiedyś miałem znacznie mniej gier i więcej czasu. Było łatwiej. A radości równie dużo.

Od przybytku głowa jednak może boleć.

O GadZombiE

Zajrzyj na stronę "O mnie i o stronie".
Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

5 odpowiedzi na „Od przybytku głowa nie boli

  1. Pingback:Fuel – wielki świat do poznania | Classic Games Maniac

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.