Stare gry były lepsze – czy na pewno?

Cheeky Mouse (1980) – średnio inteligentna gra

Ostatnio usłyszałem od kolegi stwierdzenie, które słyszałem już setki razy w życiu, że stare gry były lepsze: ciekawsze, z pomysłem, trudniejsze, a nie to co dziś. Znacie to, prawda? I choć sam jestem maniakiem staroci, to jednak zapytam – czy na pewno? Trochę kontrowersyjnie spróbuję sprzeciwić się bezpodstawnemu gloryfikowaniu starych gier, zastanawiając się nad tym, przez chwilkę, samemu. Mam szczerą nadzieję, że niektórych trochę podpuszczę i wywołam choćby niewielką dyskusję pod postem. Sami wyraźcie swoją opinię.

Niegdyś pisałem, przy okazji wspomnień o Jet Boot Jack, jakie to były fajne te stare gry, jakie dobre wspomnienia budzą, jak dziś przyjemnie się w nie gra. Ale czy same gry były aż tak ciekawe, czy może tylko budzą miłe wspomnienia z dzieciństwa i stąd są tak przyjemne?

 

Gry były trudniejsze

Argument mojego kolegi, który szczególnie pobudził mnie do myślenia, to określenie, że gry były lepsze, bo trudniejsze. A dziś to takie proste i nieciekawe. No dobra, trochę racji w tym jest i nie mogę się nie zgodzić, że faktycznie były trudniejsze. Ale, czy na pewno było to aż taką zaletą? Pamiętacie ile nerwów czasem wzbudzała setna próba przejścia tego samego miejsca w grze, ile frustracji i zniechęcenia? Bo ja pamiętam! Platformówki w stylu pixel-perfect, co oznacza, że niektóre miejsca można przejść (przeskoczyć, dobiec) tylko stając, czy skacząc w określonym co do jednego piksela miejscu, bo każde najdrobniejsze przesunięcie powodowało śmierć bohatera. Albo super wyśrubowany czas na dojście w jakieś miejsce, gdzie nawet najdrobniejszy błąd powodował, że przejście dalej było niemożliwe, bo brakło pół sekundy i… trzeba było zaczynać od nowa! Właśnie, to też norma, że gracz często nie otrzymywał szansy na powtórzenie tylko ostatniego fragmentu, tylko musiał zaczynać od nowa cały etap, całą planszę, a nawet całą grę. Ileż gier dawało graczowi 3 życia i musiał z tym przejść całą grę do końca, co graniczyło z niemożliwością, a może było… faktycznie niemożliwe?

Spiders (1981) – pomysłowe, ale szybko robi się trudne

To ile było tych gier, których nigdy nie udało wam się skończyć, bo były za trudne? Ile gier było takich, że zniechęceni setkami nieudanych prób zostawiliście w kącie i nie chcieliście do nich wrócić nigdy więcej? Ile gier wywoływało histerię, napady złości, podczas których kolega, czy brat dostawał w zęby, albo joystick wyleciał przez okno? Ile razy telewizor podpięty do komputera, albo stacja dysków tuż obok ośmiobitowca obrywały z piąchy? No, przyznajcie się… choćby przed samym sobą! 🙂 A ile razy mieliście łzy w oczach, bo przecież tak daleko jeszcze nigdy nie udało się dojść, ale jeden drobny błąd sprawił, że znowu się nie udało i napis GAME OVER na ekranie mówił wprost: nieudaczniku, znowu nie dałeś rady?

Fajne to było, prawda? 😉 Emocje były duże, ale momentami niezdrowe i przesadne. Wiele gier było tak skrajnie trudnych, że tylko maleńki promil graczy miał szansę zobaczyć coś więcej, że nie wspomnę o zakończeniu gry. A ile gier nie miało tego zakończenia! Bo po co, skoro ostatni poziom trudności – EXPERT – oznaczał tak chorą prędkość gry, że nikt nie byłby w stanie tego przejść. I po sprawie! Po co komu zakończenie? 🙂 Z drugiej strony, jak w niektórych grach, po koszmarnych mękach udało się komuś ukończyć grę i zobaczył na koniec napis congratulations, po czym gra włączała się od nowa… To może lepiej, żeby nie było zakończenia? 🙂

A jaki był powód tworzenia tak trudnych gier? Zastanawialiście się nad tym kiedyś? Pierwsze gry, z samego początku lat 80-tych były kierowane głównie na automaty. A automaty były do zarabiania kasy! Im więcej kasy wrzucił gracz, tym lepiej, więc po co mu ułatwiać zadanie? Trzeba mu dowalić tak, by przegrał po minucie gry i wrzucił następną monetę! Przecież o to chodziło. Rynek gier dawał gigantyczne pieniądze. Oczywiście nie wszystkim.

Możecie zapytać, dlaczego więc tyle gier na komputery domowe (popularne ośmiobitowce lub konsole) były także tak trudne. Odpowiedź jest prosta – bo wiele z nich było tworzonych na bazie gier z automatów, więc odzwierciedlały podobny poziom trudności. Po drugie mało pamięci ograniczało możliwości rozbudowy gry, więc aby dać graczowi więcej godzin i dni rozrywki, trzeba było utrudnić mu grę, aby zbyt szybko jej nie ukończył. Proste?

Gry były ciekawsze

Indian Battle (1980) – strzelanie do Indian nie wydaje się zbyt mądrą rozrywką

No jasne… Jak się miało kilka/kilkanaście lat, a wcześniej grało się w chińczyka, warcaby lub klasy na podwórku, to nawet Space Invaders okazywał się mega ciekawy! Ale czy na pewno gry oparte na jednym schemacie były aż tak ciekawe, jak dzisiejsze rozbudowane gry, z ogromem map, wielowątkowością, multiplayerem, superdoskonałą grafiką? Nie będę tak okrutny, by porównać Galaxian do Tomb Raidera, ale jednak tych faktycznie ciekawych gier tak wiele nie było. Były fajne, dawały radość, jednak tylko niewielki procent z nich miał rzeczywiście interesującą fabułę, innowacyjny pomysł, fajną grafikę i dawał niepowtarzalną rozrywkę na długie dni. Mam na myśli gry, które przechodzi się wiele dni do końca, a nie powtarza w nieskończoność te same etapy, bo ginie się z częstotliwością kilku sekund.

Były gry przygodowe, były dość rozbudowane strzelanki, platformówki z wieloma etapami. To prawda. Ale było ich mniej niż masa chłamu, w którym autor wykazał się innowacją tylko w dodaniu nowego elementu do starego pomysłu z innej gry. Wiecie ile gier opartych na Space Invaders powstało w 1980 roku? Dziesiątki, jak nie setki! Sam widziałem kilkadziesiąt. I są wszystkie prawie takie same. To na pewno jest ciekawe?

Na obronę staroci trzeba przyznać, że dziś również tworzy się masę chłamu, wręcz gigantyczne ilości gier, które są kolejną kopią starego pomysłu, często z brzydką grafiką (nie z braku możliwości sprzętowych, a z braku umiejętności autorów!). Jednak tak rozbudowane gry, jak MMORPG z ostatnich lat, czy zaawansowane FPS, niesamowite symulacje życia lub walki, czy odjechane symulatory pojazdów wszelkiej maści, górują nad najlepszymi starociami bezapelacyjnie.

Gry były z pomysłem

Streaking (1980) – tak, naprawdę to klon Pac-Mana, w którym chodzi się gołą babą. Do tego ona się w czasie gry ubiera!

A jakże! Były. Bo żeby zrobić nową grę niejednokrotnie autor musiał wytężyć umysł i wymyślić coś, czego jeszcze nikt nigdzie nie widział. Bo takich gier wcześniej nie było. Stąd dobry pomysł szybko był nie tylko nagradzany przez zaskoczonych graczy, ale też w ogromnym tempie był kopiowany przez innych producentów gier, którzy już ścigali się w wydawaniu gier. Nagrodą były spore pieniądze!

Dziś pomysł, który nie będzie kopią czegoś, co już znamy, wydaje mi się prawie niemożliwy. Już wymyślono prawie wszystko i każda nowa gra choćby częściowo bazuje na tym, co już było. To nieuniknione w czasach po 40 latach bardzo szybko rosnącego rynku gier. W tym czasie powstały już miliony gier, więc jakim cudem można wymyślić jeszcze coś nowego?

Ale tych gier z naprawdę dobrym pomysłem było także niewiele. Pierwsze gry, które możemy określić jako wybitne, dziś są dla nas klasyką. Później wyrosły dziesiątki albo i setki ich klonów, bo wielu próbowało ulepszyć pierwotny pomysł. To świetnie, bo nieraz udawało się stworzyć coś, co biło na głowę pierwowzór i dawało wciąż kopa całemu rynkowi. Jednak ile tak naprawdę było gier, które były oryginalnym pomysłem i stały się prawdziwą klasyką? Właśnie. Po tylu latach możemy stwierdzić, że wcale nie tak wiele. Podobnie, jak niewiele dziś powstaje gier wybitnych, choć nadal zdarzają się wyjątki.

Na koniec

Tylko czy sprawiedliwie jest porównywać ze sobą gry pisane niejednokrotnie przez jednego lub dwóch programistów z grami o milionowym budżecie, tworzonym przez zespoły złożone z dziesiątek, a nawet setek ludzi?

Nie, to nie jest sprawiedliwe. Rynek wtedy był kompletnie inny niż dziś. Świat był też inny, gracze byli inni. My byliśmy inni. Gry z lat osiemdziesiątych były dla nas jedyne i nie było starszych, więc każda podobała się nam na swój sposób. Dziś mamy taki punkt odniesienia, że można marudzić. Pamiętający dawne czasy, z nostalgią wspominają swoje szczęśliwe dzieciństwo, więc stare gry zawsze będą dla nich lepsze. Młodzi nigdy ich nie docenią, bo widzą nudę, brzydką grafikę, nic ciekawego. Tylko nieliczni młodzi potrafią to poczuć, ale już z pewnością inaczej niż my – starsi. Nie ma o co walczyć. Za 20-30 lat dzisiejsze dzieciaki będą wspominały gry z telefonów tak samo rzewnie, jak my River Raid, Space Invaders, Tetrisa, czy Montezumę.

Do obejrzenia kilka, niemal losowo wybranych gier z lat osiemdziesiątych. Niektóre są po prostu całe trudne, inne pokazują to, co opisałem wyżej, czyli tak trudny poziom na końcu, żeby nie dało się go przejść. Pewnie niektórzy dali radę, ale ilu było tych bohaterów? 😉

O GadZombiE

Zajrzyj na stronę "O mnie i o stronie".
Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

5 odpowiedzi na „Stare gry były lepsze – czy na pewno?

  1. odislaw mówi:

    On po prostu informuje na forum atarionline o wpisach czy konkursach, które organizuje na swojej stronce(choćby jakis czas temu były podane wyniki konkursu na recenzję gry)

  2. odislaw mówi:

    ty nie czekaj na moje prośby tylko pisz 😉
    Co do zakończeń to uważam, że w większości brak jakiejkolwiek króciutkiej animacji czy muzyczki po skończeniu gry jako nagroda dla gracza wiązała się ze zlewką, lenistwem lub terminami wymuszonymi przez wydawców. Wystarczy popatrzeć na niektóre gry, ze jednak można.

    btw, powinieneś informować o kolejnych swoich artykułach na forum atarionline tak jak robi to reroborsuk

    • GadZombiE mówi:

      Jak się patrzy na grafikę w wielu grach to tez można uznać, że to zlewka :).

      AOL czasem reklamuje moje posty na FB, jeśli dotyczą Atari. Nawet nie muszę prosić :). A gdzie przykładowo wspomniany człowiek to reklamuje? Nie kojarzę, nie sprawdzałem..

  3. odislaw mówi:

    Grając kiedyś czy dziś w dawne gry byłem w stanie wybaczyć wiele. Nawet absurdalny poziom trudności, ale nic mnie tak nie wkur….kiedy mniejszym, czy większym psim swędem udało mi się skończyć grę, a gra się po prostu zapętlała lub był jedynie skromny napis (o czym wspomniałeś) „congratulations”. Dla mnie to był brak szacunku dla gracza, który poświęcał czas i nerwy na daną grę (czasem pieniądze hie hie ;]).
    p.s. no nareszcie napisałeś 🙂
    pozdrawiam

    • GadZombiE mówi:

      Racja, a była to niemal norma w grach na 8-bitowce. Większość gier na Atari, jak już miały zakończenie, to tylko kilka słów i powrót do winiety, albo na początek gry. Trudno dziś bronić twórców. Niektórzy pewnie mieli problem z resztą wolnej pamięci, żeby upchnąć fajne zakończenie. Reszta pewnie to zlewała…

      PS: Na wyraźną prośbę… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.