Pastfinder – niespełnione marzenie

pastfinder_atariPastfinder to jedna z gier, które pamiętam jeszcze z głębokiego dzieciństwa. To była jedna z pierwszych gier, które miałem. No może jedna z pierwszych 100 gier, które miałem ;). Dziś trudno to określić dokładnie. Fascynowała mnie zawsze dźwiękami i grafiką, która była interesująca i przyjemna dla oka.

Kolejne etapy mają różne kolory i specyficzne dla siebie elementy „krajobrazu”, mają przez to różny klimat. Chociaż wszystkie polegają na tym samym – trzeba iść naprzód, strzelać do przeszkód, które da się rozwalić, przeskakiwać lub omijać murki i inne przeszkody statyczne, a przede wszystkim wystrzegać się latających „ptaszków”, które tak naprawdę nie wiem czym powinny być. W tamtych czasach, jeśli nie miało się instrukcji do gry, wiele elementów było umownych i każdy inaczej je nazywał, zależnie od własnych skojarzeń. Ptaszki są bardzo agresywne, a im dalej, tym bardziej dożarte, nie pozwalając przejść spokojnie dalej. Jakby tego było mało, po drodze pająk, którym się steruje, staje się coraz bardziej napromieniowany aż w końcu trafi go szlag i stanie się tylko kawałkiem napromieniowanego złomu niczym stare ciężarówki koło Czarnobyla (kto poczytał, ten wie). Tradycyjnie, także w tej grze nikt nie wiedział właściwie o co chodzi. Na wstępie wybiera się kierunek na jakiejś mapie, pod spodem pojawiają się jakieś dziwne strzałki, a potem wybiera się kilka angielskich słów literą Y lub N. Jedna wielka zagadka, która dodatkowo fascynowała, bo każdy z rodziny wiedział, że w tej grze siedzi coś więcej niż w przeciętnej prostej strzelance. Jakby tego było mało, raz na jakiś czas zbiera się po drodze tajemnicze „prezenty” (jeden z przedmiotów tak właśnie mi się kojarzył!) oraz ciasteczka, a jeszcze rzadziej trafia się na stół lub kanapę, gęsto bronione przez ptaszki ;). Brzmi jak niezła komedia, ale oczywiście to błąd w interpretacji spowodowany niezbyt wyraźną grafiką. Instrukcji przecież w piratach przegrywanych od znajomych nie było.

Długie lata chodziłem pająkiem i strzelałem, próbując wydedukować coś więcej, coś zrozumieć. Niektóre rzeczy z czasem się wyjaśniły, niektóre nie. Niedoścignionym marzeniem jednak stało się dojście do samej góry mapy, a także ukończenie gry. Nie dałem rady, ponieważ trochę dalej gra staje się tak trudna, że nie ma szans, by spokojnie przejść dalej bez straty życia. Zwątpiłem.

Dziś jestem stary, mam laskę i długą, siwą brodę… Może trochę przesadziłem, ale po kilku następnych latach, już zupełnie niedawno, podjąłem wyzwanie ponownie. W snach męczyło mnie, że nigdy nie doszedłem dalej, że nie wszystko rozumiałem w dzieciństwie. Znalazłem w sieci opis gry, skany oryginalnej instrukcji. Poczytałem, zrozumiałem. Włączyłem emulator i ponownie zacząłem grać. Oczywiście dziś nie chciałoby mi się męczyć tak bardzo jak kiedyś, dlatego wykorzystałem potęgę emulatora i zacząłem zapisywać stan gry co etap, a gdy straciłem zbyt wiele żyć, to wczytywałem i grałem ponownie. I udało mi się dotrzeć do końca mapy, co było i tak cholernie trudne! Tadammm! Nadal nie ukończyłem gry, chociaż wiem już (chyba) jak to zrobić. Oczywiście sama wiedza nie wystarcza, bo jeszcze trzeba to wykonać ;). Jest do zebrania jakiś limit „ciasteczek”, które trzeba zostawiać na tych „kanapach” czy co też to jest za miejsce. Zdaje się, że jak się uzbiera właściwą liczbę, to następuje koniec gry. Na to już nie starcza mi cierpliwości. Postanowiłem nagrać filmik pokazujący wszystkie etapy od początku do końca mapy. Oczywiście etapy (czyli jeden wiersz na mapie) można przechodzić po kilka razy, więc nie pokazuję tu całej gry, a jedynie wszystkie możliwe scenerie, w różnych wieraszach mapy. Przy okazji podzielę się spostrzeżeniami:

– Aby nie zginąć zbyt szybko od napromieniowania, rozwalaj jak najwięcej tych latających kropeczek.

– Włączone przed etapem przedmioty dają różne efekty: obrona przed pociskiem ptaszka, zagubienie ptaszka (nie leci za graczem), Heavy Metal (yeah! szatan!) pozwala na wolniejsze napromieniowywanie, a ostatni przedmiot zeruje poziom napromieniowania. Poza ostatnim, wszystkie przedmioty działają aż do wyłączenia lub straty życia! Dlatego można używać je dłużej, o ile się nie zginie.

– Różne kolory kratki na mapie to różny stopień promieniowania w czasie przechodzenia etapu.

Grę się da ukończyć. Widziałem na YT filmik to pokazujący, ale chyba z wersji na C64. Mnie się nie udało. Ale to nic. I tak jest genialna! I bardzo warta zrobienia remaku. Chodzi mi to po głowie, ale z wolnym czasem jest marnie, więc na razie to tylko luźny pomysł.

O GadZombiE

Zajrzyj na stronę "O mnie i o stronie".
Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Pastfinder – niespełnione marzenie

  1. kiweczka85 mówi:

    Ja również jestem wielką fanką tej gry. Grając na emulatorze udało mi się „zaczernić” całą mapę i zakończenie nie pojawiło się (tutaj macie rezultat: http://pl.tinypic.com/usermedia.php?uo=adkBqYNLltsSnPInRj1J8Yh4l5k2TGxc). Teraz już wiem, że trzeba będzie spróbować jeszcze raz – tym razem skupiając się na zbieraniu artefkatów (obiektów w kształcie ciastek) i dostarczaniu ich do baz i stacji (w nazewnictwie mojej rodziny bazy to były „miski” a stacje to „stoliki” :P). Przyjrzałam się jeszcze raz swojemu wynikowi – przy zaczernieniu całej mapy udało mi się zebrać 608 artefaktów. Ciekawi mnie ile konkretnie potrzeba żeby zakończyć grę. Czy autor powyższego tekstu mógłby podać linka do filmu na YT na którym jest pokazane zakończenie tej gry na C64?

    • GAD ZombiE mówi:

      Gratuluję cierpliwości i wytrwałości, bo mnie się nie udało aż tyle, co Tobie :). Nie spodziewałbym się, że w ogóle komuś by się chciało aż tyle zrobić. Ile czasu to przechodziłaś?
      Filmik z końcem gry, to chyba ten https://www.youtube.com/watch?v=Ri3KyoUoGKE
      Pewności nie mam, ale tak mi się wydaje. Nie widać na nim zbyt wiele, poza tym, że ktoś uzbierał 275 ciastek. I może to jest limit?

  2. Jack Wolf mówi:

    To moja ulubiona gra!!!! Swego czasu na emulatorze przy pomocy metody zapisywania stanu udało mi się odsłonić niemal całą mapę przy kilkudziesięciu „zyciach”. Jak doszedłem do górnej granicy mapy to znowu „cofnęło” mnie do pierwszego sektora. Może gra jest uszkodzona lub niedokończona przez programistów – tak jak Montezuma… Jeszcze jedno jak przechodzi się ponownie przez strefy to jest gorzej bo nie ma tych unoszących się kryształów dzięki którym obniża się poziom napromieniowania pająka…

    • GAD ZombiE mówi:

      Do samej góry też doszedłem (także przy pomocy zapisów w emulatorze;)), ale to nie jest koniec gry, bo – właśnie – zaczyna się znowu od dołu. Koniec gry nie następuje po przejściu mapy, ale po zniesieniu iluś tam „ciasteczek” do tego miejsca, gdzie się je zostawia. Nie znam tej liczby, ale faktycznie wtedy dopiero jest koniec gry. Nie ma w tym żadnego uszkodzenia, jak piszesz. Gdzieś na YT widziałem filmik z zakończeniem gry, gdzie ktoś dał radę to wykonać. Zakończenie bardzo rozczarowuje :). Ale gra genialna z niepowtarzalnym klimatem! Dzięki za wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.