Kompletne zdebilenie młodych graczy?

Przeczytałem ostatnio na grupie dyskusyjnej takie stwierdzenie:
„Pomyśl, jak głupi jest przeciętny gracz, a potem pomyśl, że połowa graczy jest jeszcze głupsza. A teraz pomyśl, że to właśnie dla nich robi się teraz gry.”. Jest to parafraza słów George’a Carlin’a. I może to swoisty żart, ale zmusił mnie do małej refleksji na ten temat.

Czy takie kompletne zdebilenie młodych graczy to fakt?

Gdy sam byłem młody, gry były trudne i dlatego człowiek siadał do nich nawet setki razy, ćwicząc się tak, aż w końcu udało się przejść to, czy tamto. W niektórych grach wymagało to solidnej zręczności, w innych po prostu ruszenia głową i wymyślenia, jak przejść dalej. Dodatkowym utrudnieniem w naszym środowisku był fakt, że gry były z zachodu, przeważnie nielegalne, więc: były po angielsku (trzeba było wziąć słownik do ręki i tłumaczyć; i to słownik w wersji książkowej, a nie automatyczny translator google, jak dziś!) i nie było do nich instrukcji, czyli wszystko trzeba było wymyślić samemu. Niejednokrotnie „rozgryzienie” gry trwało wiele dni zanim można było w ogóle sensownie zacząć w nią grać. Dodam do tego jeszcze fakt, że gier zwykle nie miało się zbyt wiele, co zmuszało do długotrwałego męczenia jednej gry, a na dodatek czas ich ładowania (mam na myśli magnetofony) łatwo zniechęcał do częstego zmieniania załadowanej gry na inną. Poziom trudności był często tak wysoki, że można było nabawić się nerwicy przechodząc po raz setny ten sam etap, bo jeden błąd sprawiał, że trzeba było przechodzić wszystko od nowa. O zapisywaniu stanu gry też można było tylko pomarzyć. Albo się przeszło całą grę, albo nic z tego. Na szczęście nie w każdej grze było aż tak źle :), jednak zapis stanu gry to był luksus. W grach konsolowych dość wcześnie używano kodów do dalszych etapów, co zastępowało zapisy stanu gry, jednak na Atari czy C64 coś takiego było bardzo rzadkie.

Chcąc nie chcąc człowiek otrzymywał w ten sposób swego rodzaju łamigłówkę, która rozwijała mózg, jak i zręczność. Wydaje się, że te gry jakoś jednak nas rozwijały. Ja się nauczyłem dzięki nim wiele. Trochę angielskiego, trochę logicznego myślenia, trochę samozaparcia, trochę sprytu i zręczności i zapewne jeszcze całkiem sporo innych rzeczy.

Oczywiście nie piszę tego o wszystkich grach tamtych lat, bo durnych gier też nie brakowało! Ale zwykle te durne gry się omijało i większość wolała grać w te lepsze.

Co stało się z dzisiejszym rynkiem gier? Co stało się z dzisiejszymi młodymi graczami?

Gdy czasem oglądam nowe gry faktycznie mam uczucie, że gra prowadzi gracza za rączkę, nie dając mu szansy na pomyślenie. Zwykle gra mówi nawet wyraźnie – teraz idź tu, zrób to, wciśnij to. Nie udało ci się? Nie szkodzi, zrób to jeszcze raz. Nie będzie za to kary. Próbuj nawet 100 razy. W końcu zrozumiesz, że klawisz X trzeba wcisnąć po sekundzie, a nie po dwóch i przejdziesz dalej do kolejnej „zagadki” w stylu „podejdź do wajchy po prawej stronie ekranu i ją pociągnij, zabijając po drodze 10 słabych wrogów, którzy tryskają krwią.

Te gry są łatwe i mają takie być. Śmieszą mnie opisywane czasem wskaźniki w ile godzin grę można przejść. No jak to, do cholery, można określić? Ano można, jeśli gra jest tak banalna, że na myślenie nie poświęca się czasu i można wyliczyć ile potrwa przejście od początku do końca, doliczając kilka powtórnych prób w trakcie. Bez wysiłku takie gry można przejść całe.

Dziś dobra gra to rzadkość. Przeważają proste gry akcji z idiotyczną fabułą, bardzo piękną grafiką i niczym ciekawym do zaoferowania mózgowi gracza.

Ale są też i dobre gry, zwykle mniejsze, prostsze, często logiczne, raczej niszowe. Tylko jak przeglądam sieć, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że takich gier jest bardzo mało i trudno na nie trafić w przeciwieństwie do takich, jak opisałem wyżej. Człowiek inteligentny sobie poradzi i znajdzie to, co go interesuje. Ale co ma zrobić dziecko, któremu nikt nie wyjaśnia co jest dla niego lepsze, więc wybiera gry najprostsze, ale silnie działające na jego zmysły? Wybiera to, co pozwala odpocząć jego mózgowi, zamiast się rozwijać. Dobrym przykładem na to są, opisywane już przeze mnie, gry we flashu, które zalewają Internet od dobrych paru lat.

Mam nadzieję, że popuściłem wodze fantazji i nie mam racji. Dzisiejsze gry na pewno nie są aż takie złe, prawda?

O GadZombiE

Zajrzyj na stronę "O mnie i o stronie".
Tagi .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Kompletne zdebilenie młodych graczy?

  1. zx81 mówi:

    Na przelomie lat 1983/1985 do salonu gier arcade (my nazywalismy takie salony fliperami- choc w tych latach byly to glownie salony gier telewizyjnych) zawiatala gra „Space Ace” . Automat byl okrazony gapiami, wszyscy czekalismy az przyjdzie ktos z kasa kto zagra na tym cudenku. Gra polegala na poruszaniu joysticka i ‚fire’ na sygnal podany na ekranie gry… oczywiscie chodzilo o uratowanie pieknej dziewczyny… ale tak naprawde rozgrywka sprowadzala sie do rozblysku ekranu z informacja co mamy nacisnac… przypominam ze mowie o latach osiemdziesiatych. Juz wtedy byly gry ktore bajerowaly grafika i dzwiekiem przy niemal zupelnie nie istniejacym gameplay’u.
    Nie jestesmy, mowie o pokoleniu, wiec wcale tacy lepsi od dzisiejszych graczy. Gdyby byly mozliwosci, rowniez wybieralibysmy te same opakowane w kolorowy papierek gry, co dzisiejsi mlodzi gracze.
    Czy mlodzi gracze sa zdebilebnii? mysle ze w tym samym stopniu co my bylismy, tylko maja wiekszy, bez porownania dostep do gier.
    Nie przecenialbym tez roli ‚indie’ bo to co powstaje to w przerazajacej wiekszosci chlam. Przydaly by sie ‚indie’ ale z buzdzetem aaa 😉

    • GAD ZombiE mówi:

      Z pewnością masz sporo racji w tym, co mówisz. Pisałem też, że oczywiście durne gry były też i wtedy. Jednak wydaje mi się, że zmieniły się proporcje. Gry uważane za dobre zwykle (zwykle nie oznacza zawsze) były właśnie bardziej wymagające od gracza, a te odmóżdżające jakoś rzadziej widywałem. Dziś gry popularne zwykle są z tych głupich, a te sensowne spychane są na bok i stąd podane przez was określenia „mainstreamowe” i „indie”. „Mainstreamowe zwykle są durne, a żeby było coś ciekawego, to już indie. Jednak z tych indie to faktycznie jest od cholery chłamu, jak piszesz.

      Swoją drogą właśnie ostatnio pobrałem niemal za darmo z GOGa grę Trine z nadzieją, że zobaczę coś fajnego, bo na filmach było to takie ładne. Gra dość szybko wydawać się być właśnie jedną z tych, które wyraźnie pokazują drogę graczowi i wcale nie trzeba się starać myśleć, by rozwiązać „zagadki”.

  2. Codringher mówi:

    Problemem są gry tzw. „mainstreamowe”, czyli różne Call of Duty, Assassin’s Creed itp. Poza nimi, gry „indie” są całkiem przyzwoite i zdecydowanie inne, niż te z głównego nurtu. Moim zdaniem kompletnie nie warto grać w gry wydawane przez dużych wydawców – z powodów wymienionych przez Ciebie.

    • GAD ZombiE mówi:

      Też nie można aż tak uogólniać. Przykładowo lubię gry samochodowe, nawet te najnowsze i wielkie produkcje, np. Need for Speed. Co prawda są w nich elementy, których kiedyś nie było i mi się nie podobają, ale jednak nadal są to gry w tym stylu, co 10 czy 20 lat temu, tylko w o wiele lepszej oprawie.
      Jednak rzeczywiście większość tego „mainstream’u” wygląda tak, jak mówisz i to jest potwierdzeniem mojej tezy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.